Preikestolen nie potrzebuje przesadnych obietnic. Wystarczy stanąć na skraju granitowego płaskowyżu i spojrzeć na Lysefjord, który sześćset metrów niżej zwęża się pomiędzy ciemnymi ścianami gór. Łodzie wyglądają stąd jak drobne punkty, a przestrzeń odbiera na moment potrzebę mówienia. To jedno z tych miejsc, które znasz ze zdjęć, lecz dopiero na żywo rozumiesz ich skalę.
Szlak zaczyna się przy Preikestolen Fjellstue w Ryfylke, około czterdziestu minut jazdy od Stavanger. Osiem kilometrów w obie strony i około pięciuset metrów przewyższenia brzmią łagodnie, ale kamienne stopnie, nierówne płyty oraz kilka mocniejszych podejść potrafią zmęczyć. Przeciętny czas całej wycieczki wynosi około czterech godzin, do których warto doliczyć spokojny odpoczynek na górze.
Osoby wracające z trasy często zapamiętują nie tylko samą ambonę, lecz również zmianę krajobrazu po drodze: wilgotny las, drewniane pomosty nad mokradłami, niewielkie górskie jeziora i nagłe otwarcie widoku na fiord. Wielu podróżników podkreśla, że najlepszym momentem okazało się późne popołudnie. Gdy większość grup schodzi, światło mięknie, na kamieniu robi się ciszej, a długi północny wieczór pozwala wrócić bez pośpiechu.
W pogodny dzień trasa jest dobrze oznaczona i dostępna dla osób o przeciętnej kondycji, ale nie jest miejskim spacerem. Po deszczu skały stają się śliskie, a mgła może całkowicie zabrać panoramę. Warto sprawdzić zachmurzenie i wiatr w serwisie Yr, zabrać warstwę przeciwdeszczową, wodę oraz buty trzymające kostkę.
Największe wrażenie przychodzi nie podczas robienia obowiązkowego zdjęcia, lecz kilka minut później. Usiądź nieco dalej od głównego punktu, pozwól oczom przyzwyczaić się do wysokości i obserwuj cień przesuwający się po przeciwległej ścianie. Wtedy Preikestolen przestaje być popularną atrakcją, a staje się spotkaniem z ogromem norweskiego krajobrazu.